Powrót z Baraniej Góry – czyli dlaczego warto wierzyć w cuda

czas czytania: 2,5 minuty

„Wielkie rzeczy się dzieją, kiedy się spotykają ludzie z górami” – takie było nasze hasło gdy wyjeżdżaliśmy w góry.

Mieliśmy nadzieje na wspaniałe przeżycia na szczytach, pokonywanie naszych słabości i odkrywanie siły. I tak było, jednak największych emocji dostarczył nam powrót i ludzie jakich spotkaliśmy u podnóża gór. Dlatego, nietypowo zaczniemy naszą relację od końca…

 

Wpół do trzeciej po południu w niedzielę zeszliśmy z Baraniej Góry i zadowoleni czekaliśmy na autokar, wynajęty z PKS w Bielsko-Białej. Byliśmy  szczęśliwi, że wszystko poszło dobrze, że zdobyliśmy szczyt – Baraniej, lub swoich możliwości – jak  kto wolał. Zmęczeni i pełni satysfakcji czekaliśmy, aż zostaniemy zawiezieni na pociąg a ten pomknie z nami do domów, gdzie będziemy odpoczywać i szykować się na cały tydzień szkoły i pracy. Przed nami było około 50 minut jazdy i potem godzinne oczekiwanie na pociąg. Pewnie coś zjemy lub kupimy na drogę. Wszystko zgodnie z planem.

Jak to określiła potem jedna  uczestniczek:  Od 15-tej to już było jak na filmach kaskaderskich!

czyli tak:

15:00

Czekamy na autokar już pół godziny, bo przyszliśmy na wszelki wypadek wcześniej. Atmosfera jest pełna optymizmu i poczucia zadowolenia. Niektórzy autyści niepokoją się oczekując autokaru, chcieliby już wsiadać, ale nikogo to nie wytrąca z równowagi. Jest piękne słońce, za nami długi i męczący spacer, zbieramy wspomnienia.

15:15

Autokaru nie ma. W zasadzie większość z telefonów jest poza zasięgiem, zaczynamy więc chodzić po okolicy szukając „kresek” żeby dzwonić do biura, szukać kierowcy. Biuro jest zamknięte. Nie mamy szans dodzwonić się do autokaru a podejrzewamy, że on czeka na nas na drugim, podobnym parkingu.

15:20

Wpadamy do najbliższego budynku – akurat nadleśnictwa i prosimy w krótkich słowach, aby jednego z nas zawieźli na ten drugi parking bo to 4-5 kilometrów a pociąg rusza o 17:07, nie damy rady iść tam pieszo.

15:23

Niesamowite, ale nasi nowi znajomi bez większych wyjaśnień pozwalają wsiąść do samochodu obcemu facetowi i kierować się, gdzie mają pojechać. Jadą jak najszybciej, czas leci… jadąc na drugi parking mijają nasz autokar. Kierowca, nie mogąc się dodzwonić, zaczął jeździć po okolicy i nas szukać. Zawracają i jak na filmach akcji – „Za tym autobusem!”. Doganiają go! Dobra nasza! Mamy jeszcze zapas czasu!

15:30

Wsiadamy. mamy półtorej godziny na dojechanie do dworca, ale kierowca mówi, że na lepszej trasie jest wypadek i korek. Tędy nie ma szans, by zdążyć. Decyduje się pojechać dłuższą i trudniejszą trasą, żeby dojechać na czas. Nie jest bardzo optymistycznie nastawiony. Odpalamy nawigacje. Te twierdzą, że powinniśmy być na pół godziny przed czasem, więc nie ma problemu.

16:00

Trafiamy na korek przed Szczyrkiem. Trzeciej, alternatywnej trasy nie ma. Stoimy w korku. Stoimy, nie jedziemy. Nawigacje zaczynają przewidywać coraz późniejszy czas dotarcia do celu. Kierowca, kiedy się tylko da, zjeżdża na lewy pas i wyprzedzając korek pokonuje kolejne kawałki trasy. Dojeżdżamy do ostatniego – przed nami widzimy sygnały świetlne policji i straży pożarnej. Przed nami kilkanaście samochodów. Stoimy…
Stoimy…
Stoimy…

16:30

Wysyłamy emisariusza, żeby dowiedział się co jest grane. Wraca ze złymi wieściami – w karczmie, tuż przy ulicy jest pożar! Ruch jest całkowicie zamknięty. Cokolwiek ruszaliśmy się do przodu, to dlatego, że niektórzy zawrócili. Nie ma przejazdu. W ogóle…

16:40

Wysyłamy negocjatora, który nie ustaje w tłumaczeniu, że musimy przejechać. W autokarze siedzi kilkunastu nieźle już zdenerwowanych autystów i jeszcze więcej ich opiekunów również mocno zaniepokojonych. Następny pociąg rusza o 4ej nad ranem. Bez względu na realia pożaru, przepisy drogowe, czy co tam jeszcze – musimy przejechać.

Jednocześnie próbujemy dzwonić do PKP intercity i dokonujemy jeszcze bardziej niesłychanej rzeczy – przekonujemy ich, żeby na nas choć trochę poczekali, że mamy 40 wykupionych biletów, że są wśród nas osoby z niepełnosprawnością a świat sprzysiągł się przeciw nam i nie możemy dojechać.

I wiecie co – udaje się! Przekonujemy policjantów, strażaków, przekonujemy dyspozytorów i  konduktorów. Każdy daje nam szansę a nasz wspaniały kierowca dokonuje cudów na dalszej trasie (ale bezpiecznie i zgodnie z przepisami!). 

17:12

Dworzec! Pociąg jest! Stoi i czeka! Wypadamy z autokaru, każdy łapie pakunki jakie ma pod ręką. Panowie niosą wózek i najmniejsze dzieci. Wszyscy lecimy na peron i wskakujemy do przedziału. Pociąg rusza – a my w nim! Do Warszawy docieramy opóźnieni niecałe 20 minut.

Mamy poczucie, że dokonaliśmy niemożliwego. Ale przecież nie sami – to ludzie wokół nas – zaczynając od przemiłych nieznajomych z nadleśnictwa, poprzez kierowcę PKS, policjantów, strażaków, dyspozytorów i konduktorów… to cała rzesza ludzi, która chciała nam pomóc. Żadne z nich nie mogłoby załatwić tej sprawy, ale kiedy każdy z nich zrobił jeden krok to w sumie razem dokonaliśmy wielkiego skoku.

Wróciliśmy bogatsi o wiarę w ludzi, siłę grupy i nasze własne możliwości. Będziemy wracać do tego wspomnienia nie raz a szczególnie w trudnych chwilach… gdy będzie się wydawało że już nic się nie da zrobić 🙂